Zapraszam do przeczytania kilku zdań ode mnie po wczorajszym meczu polskiej tzw. ekstraklasy.  Gorzkich słów, jak zwykle.   Tekst pochodzi z mojego bloga:

 

 

 

 

23 lutego 2020 to nie będzie najlepiej zapamiętana data w historii Lechii Gdańsk. Śmiem twierdzić, że  będziemy o niej długo pamiętać. 

 Tego dnia  piłkarze z Gdańska przegrali mecz w Poznaniu, a wszystko razem było nie do zaakceptowania. Ludzie, którzy przyjechali z naszego miasta na ten mecz, w drugiej połowie zarzucili sektory gospodarzy płonącymi racami, nie zważając jakie to może nieść konsekwencje, nie patrząc, kto na tym sektorze przebywa i kto może zostać poszkodowany.  Zupełnie bez znaczenia jest tutaj narracja  o zachowaniu bez honoru miejscowych, którzy rzekomo "ukradli", czy według innych wersji, otrzymali od policji/firmy ochroniarskiej,   płótna przywiezione z Gdańska.  Nie mam złudzeń, że w tym temacie niewiele się zmieni.

Polska to nie jest obecnie kraj, gdzie można liczyć na skuteczność właściwych służb.  W sumie nikomu na tym specjalnie nie zależy. 

Kibole -  wiadomo, nie rozumieją powagi sytuacji, spierają się tylko, kto ma w tej sytuacji mniej honoru:

 

 

 

Kluby, też nie zrobią porządku, bo boją się, że uderzając w kiboli,  stracą widzów, co jest oczywiście  absurdem, bo przecież dziś na mecze i tak chodzi niewiele osób, a będzie chodziło jeszcze mniej.  Po takim przekazie, jak ten wczorajszy z Poznania, nikt o zdrowych zmysłach na mecz nie pójdzie, a na pewno nie z małym małym dzieckiem. Osiem spotkań z ostatniej kolejki obejrzało w sumie około 70000 widzów. To mniej, niż niektóre pojedyncze mecze w lidze angielskiej, czy niemieckiej.  Na wcześniejszą kolejkę, tydzień wcześniej, nie pofatygowało się nawet pięćdziesiąt tysięcy. Znacznie więcej osób chodzi  w weekend do kina, albo do galerii handlowej w niedzielę, jeśli akurat jest otwarta. No, ale tam nikt nie rzuca ze schodów racami w fanów konkurencyjnych marek odzieży, czy obuwia. 

Jedne kluby  nie mają pomysłu jak walczyć z kibolami, jeszcze inne są zakładnikami swoich toksycznych fanów, więc również tego nie zrobią.  PZPN odrzuca gorącego kartofla, sugerując, że to nie oni prowadzą rozgrywki.  Spółka Ekstraklasa  także jest bezsilna, bo kiedy tydzień temu wprowadziła, a w zasadzie próbowała wprowadzić, surowe kary za obraźliwe transparenty na trybunach w Warszawie i Gdyni, komisje odwoławcze szybko te kary uchyliły.  Przekaz dla kiboli jest jasny:  możemy wszystko.

   Nazywanie ich "fanami swojej drużyny",  "najzagorzalszymi  sympatykami" jest śmieszne.  Przecież wiadomo od dawna, że to takie towarzystwo, które żyje w swojej, całkowicie odrębnej rzeczywistości, że kompletnie nie interesują ich losy rzekomo "swoich" drużyn, że mają w poważaniu prawo i porządek, a stosują się jedynie, i to też raczej wybiórczo, do swojego własnego kodeksu. 

 Rząd Najjaśniejszej Rzeczypospolitej obecnie nam panujący, oczywiście też nie zrobi niczego, żeby ukrócić te sytuacje, a przynajmniej nie do czasu  najbliższych wyborów, bo przecież wiadomo, że  środowisko kibicowskie jest łakomym kąskiem dla partii rządzącej.  Żenujące, "pielgrzymkowe" wizyty kiboli pod Jasną Górą, bratanie się z klerem,  absurdalne mieszanie się w politykę, poprzez wywieszanie jakiś pseudo "opraw", to wszystko jest władzy na rękę, więc nie zmieni tego stanu rzeczy.  Przynajmniej nie na razie. 

W dawnych czasach, słusznie zwanych dawno minionymi,  kibole wspierali walkę o niepodległość, nosili na rękach Lecha Wałęsę, bili się z ZOMO, odważnie i głośno rozsiewali po Polsce,  w ciemnych i smutnych czasach, hasło Solidarności.  Do dziś pamiętam swoje wyjazdowe, wtedy drugoligowe mecze Lechii w Rzeszowie, Tarnobrzegu, czy Stalowej Woli, kiedy  w tamtejszych, podkarpackich  autobusach miejskich krzyczeliśmy razem, że: "Jaruzelski to bez wątpienia Smok Wawelski", i że z całą pewnością "na drzewach, zamiast liści, będą wisieć komuniści".  Pamiętam tych przestraszonych ludzi, ze smutnymi twarzami, na których nagle zagościła  refleksja, że można jednak żyć odważniej, że dopiero grupka szalikowców, choć wtedy raczej mało było szalików, z Gdańska, pokazała, że jest inny świat. 

 A dziś?  Dziś chłopcy na trybunach w gestach szalonej odwagi, jak im się wydaje, wywieszają jakieś idiotyczne transparenty polityczne, albo produkują swoje kibicowskie jasełka (czytaj: oprawy), z idiotycznymi pomysłami graficznymi rodem z przedszkola.    Pokażcie mi jakiś poważny klub europejski, którego kibice co tydzień malują na prześcieradłach jakieś grafiki, służące jedynie jako pretekst do odpalenia  rac i petard.  Gdy mam ochotę na sztukę, idę do teatru (na gdańskim festiwalu teatralnym  FETA jest często więcej rac, niż na stadionie), albo kina, a kiedy idę (chodziłem, bo teraz już nie chodzę) na mecz, to chcę oglądać mecz, a nie popisy scenograficzne  niespełnionych artystów.   Zatem nie zmieni się nic.  Choć pewnie tym razem kary będą bardzo surowe, bo presja w mediach po tych incydentach wytworzyła się bardzo wielka. Niezależnie od zasłużonych i surowych kar, ucierpiał i to bardzo, wizerunek naszego klubu.  Powiedzieć, że ostatnio  nie był ten wizerunek najlepszy, to nic nie powiedzieć. Permanentne problemy finansowe, problemy ze składem, odchodzący zawodnicy, to wszystko nie stawiało nas w blasku słońca opinii publicznej. A teraz jeszcze zabawy plemienne kiboli. To może być dzień, którego  gdański klub nie będzie miło wspominał. 

 

 Sportowo, to również był  nieudany dzień dla gdańskiej piłki.  Mam szacunek do trenera Stokowca,  ufam mu.  Doskonale rozumiem sytuację, że dostając w trakcie rozgrywek pięciu, czy sześciu nowych zawodników, zanim wstawi ich do składu, daje szansę poprzednikom, nawet jeśli mają oni dopiero 15 lat.  Pierwszy mecz rundy wiosennej  zagraliśmy w mocno eksperymentalnym składzie, z młodymi, 15-19 letnimi, chłopakami w roli rezerwowych.  Gra nie była najgorsza, można było być zadowolonym. Tydzień później  zagrali jeszcze młodsi zawodnicy i pomimo  momentami ciężkiej przeprawy, udało się nawet wygrać ten mecz.  Ale potem przyszedł  mecz w Poznaniu.  Nowi zawodnicy byli już w klubie 10-14 dni.   Dołączyliśmy do składu  kilku super ofensywnych zawodników, a na mecz z Lechem wychodzimy  znowu ultra defensywnie.  To nie mogło się dobrze skończyć. Przeciwnik zdominował nas okrutnie, a przecież patrząc w tabelę, do niedzieli miał tyle samo punktów, co my.  40 strzałów oddanych na naszą bramkę, to o wiele za dużo.  I co z tego, że Kuciak i Nalepa robili, co mogli, że wybijali niezliczone ilości piłek, że zagrali rewelacyjnie, że Kuciaka wybrali bramkarzem kolejki?  Nic. 

 

 

 

zdjęcie ze strony: lechia.net

 

 Powiedzcie Duszanowi i Michałowi, że te wszystkie ich ofiarne parady zdały się na nic, bo było kwestią czasu, że w końcu ulegniemy. A kiedy, w doliczonym czasie gry, Patryk Lipski miał piłkę na nodze, niemal pustą bramkę i jeden, niezasłużony wprawdzie, ale jednak, punkt,  koszmarnie spudłował.  

 

Sędziowie dopełniają obrazu tego spotkania i całej polskiej ligi.  Nie twierdzę, że obrońca Lechii nie faulował, nie sugeruję nawet, że przez czerwoną kartkę Lechia przegrała.  Przeciwnie, jestem przekonany, że w jedenastu, również nie dalibyśmy rady. Wkurza mnie tylko to, że sędziowie nieustannie psują widowiska, jakie by one nie były. Irytujące jest, kiedy przerywają gwizdkiem  każde  groźniejsze starcie, kiedy pokazują kartki za naprawdę mało znaczące faule, jakby samo przerwanie  gry nie wystarczyło.  Ile razy zawodnicy prawie łamią sobie nogi i nie ma adekwatnej do przewinienia reakcji, a potem oglądają kartki, bo pociągnęli kogoś za rękaw w zupełnie nieistotnej sytuacji boiskowej. Przekłada się to potem na absencje w kolejnych spotkaniach.  Bez sensu. 

 

To taka moja gorzka refleksja po ligowej kolejce.   Nie jest absolutnie przypadkiem, że mecze naszych piłkarzy ogląda na żywo średnio tylko  6-8 tysięcy widzów. Ja już dawno nie chodzę.  Systematycznie spada również oglądalność w TV, bo po prostu tego nie da się już oglądać. Mając możliwość jednym kliknięciem pilota zajrzeć na Anfield Road, Signal Iduna Park, czy inny stadion, gdzie grają w prawdziwą piłkę, powrót do naszej rzeczywistości dla wielu jest już nie do przeskoczenia.  Budowane nowe stadiony, podpisywanie nowych umów sponsorskich z telewizją niczego tu już nie zmieni. 

 Zupełnie nie rozumieją tego  działacze klubowi  i związkowi, właśnie wprowadzając w życie projekt powiększenia naszej siermiężnej ligi do 18 zespołów.  Poziom oczywiście nie podniesie się, będzie za to więcej nowoczesnych trybun, na których można będzie wieszać jeszcze  więcej wulgarnych transparentów, albo rzucać z nich w komfortowych warunkach  race na głowy tych, którzy jeszcze na te stadiony zaglądają... 

24 lutego 2020

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ

GORZKI SMAK EKSTRAKLASY