Dziś będę się mądrzył o gdańskiej Lechii.  Nie dlatego, że większość z nas kibicuje temu klubowi, ale żeby zwrócić uwagę na  pewien piłkarski fenomen. Długo zbierałem się do napisania kliku słów, aż wreszcie przyszła odpowiednia pora.

 

Dzięki pomocy Marka Stypułkowskiego i Gdańskich Autobusów  i Tramwajów,  udaliśmy się na mecz finałowy Pucharu Polski do Warszawy.

 

 

 

Dziesięć miesięcy temu Lechia Gdańsk mocno rozpaczliwie walczyła o utrzymanie  w naszej ekstraklasie.  Nie było łatwo,  był nawet taki moment, kiedy zacząłem sobie wyobrażać  grę biało – zielonych na zapleczu ekstraklasy.  Koniec końców – udało się.  Drużyna, która chwilę wcześniej, do niemal ostatniej minuty, biła się o tytuł mistrza Polski,  po trudnych bojach  uratowała ligowy byt. Spora trauma dla kibica. Kolejny sezon ligowy nie zapowiadał się zbyt optymistycznie. Drużyna z wieloma piłkarzami  kompletnie bez formy, ale za to z bardzo wysokimi kontraktami znacząco obciążającymi klubowy budżet. Zawodnicy już nie najmłodsi, raczej nie rokujący  dobrze na przyszłość.   Do tego sytuacja finansowa klubu nie pozwalająca na zakupy/transfery nowych zawodników, zaległości finansowe wobec graczy,  ogólnie kiepska atmosfera.  To wszystko nie napawało optymizmem.    I tutaj, jak to się mówi, cały na biało, wkracza na arenę Piotr Stokowiec.

Nie będę ukrywał, że w moim postrzeganiu footballu rola trenera nigdy nie była priorytetem (sorry, Rafał). Tyle razy już polscy piłkarze zwalniali trenerów. A trzy dni potem, w zasadzie bez trenera, grają jak z nut,  w niczym nie przypominając słabiutkiej drużyny z poprzednich tygodni. 

Ale teraz miało być zupełnie inaczej. 

Piotr Stokowiec zaczął swoją przygodę z Lechią od odsunięcia od składu  Marco Paixao.  Przypomnę, Króla Strzelców Ekstraklasy, naszego najlepszego egzekutora.  Iście szatański plan.  Jeśli dodamy do tego rezygnację z  usług takich graczy, jak Mila, Krasić, Wojtkowiak, czy Peszko,  to zaczęło robić się nerwowo. 

To, co wydarzyło się potem, było niesamowite.  

Dziś, na początku maja, Lechia jest wiceliderem ekstraklasy, zagrała w finale Pucharu Polski, zagra w europejskich pucharach i ciągle walczy o mistrzostwo Polski.

 A to wszystko w składzie z zawodnikami, którzy parę miesięcy temu prezentowali się bardzo słabo,  popełniali niezliczone ilości błędów, nie gwarantowali żadnej solidności.  Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki,  Kopciuszek zamienił się w Królewnę, piłkarze zaczęli niemal co tydzień okupować jedenastki kolejki, zbierać laury, awansować do krajowych reprezentacji seniorów (Haraslin Słowacja, Mladenovic Serbia).  Jak to możliwe?  Jeśli do tego dodamy młodych piłkarzy  w pierwszej jedenastce,  Polaków, a jedyni obcokrajowcy  w składzie, to piłkarze już w Polsce zadomowieni, mówiący naszym językiem. 

Rafał powiedział mi ostatnio, że widział w TV świetnie grającą  Wisłę Kraków, że taka gra przyciąga tłumy na stadion, a nie to co Lechia, która gra  nudno i mało efektownie. Chciałbym tylko zauważyć, że ta świetnie grająca Wisła ma w tabeli dwadzieścia punktów mniej od Lechii.   Co zatem jest siłą drużyny z Gdańska? Oczywiście, że nie gramy efektownego  futbolu, oczywiście, że często brakuje fajerwerków. Ale fajerwerki już były, tylko sukcesów brak.  Grasz w takim stylu, jakich masz wykonawców.  Lechia nie ma wielu kreatywnych piłkarzy, więc uczyniła swoim stylem żelazną defensywę, pressing, stałe fragmenty gry, dobrą grę bramkarzy, walkę, bieganie.  I to wystarczyło. Konsekwencja w grze uczyniła nas czołowym zespołem tej ligi.  Oczywiście, im bliżej końca rozgrywek, tym trudniej. Zespół bez przedsezonowych wzmocnień, z 15 zawodnikami nadającymi się do ligowego grania, walczący równolegle w Pucharze Polski, karany bez opamiętania żółtymi kartkami  walczy ile ma sił. A tych sił coraz mniej, zawodników do grania również.  Dlaczego tak? Bo klub wreszcie postawił na normalność i odszedł od kontraktowania wagonów anonimowych zawodników, od astronomicznych, nie przystających do poziomu gry, zarobków.  To miał być rok przełomowy, na przetrwanie, na przeczekanie i  spokojne  zbudowanie nowego zespołu. Tymczasem sportowy wynik zaskoczył dokładnie wszystkich: kibiców, piłkarzy, sam klub.  W słabej polskiej lidze wystarczyło być konsekwentnym i dało to sukces. 

Cieszmy się z tego, naprawdę doceńmy sukcesy trenera Stokowca, dokonania naszych piłkarzy.  Kibicujmy  im, zasłużyli na to.

 

 

 

Weekend majowy dla nas, kibiców Lechii, miał w tym roku trochę inny wymiar.  Po 36 latach Lechia po raz trzeci w historii zagrała w finale Pucharu Polski.  Fanów Biało – Zielonych nie mogło na tym meczu zabraknąć, nie mogło również zabraknąć nas.   Pojechaliśmy zatem.  Wesoły autobus ZTM dotarł do stolicy  przed godziną 13.00.  

 

 

Większość z nas pierwszy raz wizytowała Stadion Narodowy, więc zaczęło się od oceniania.  I trzeba przyznać obiektywnie, że ta ocena nie była pozytywna. Ja wiem, że jak się ma na co dzień możliwość obcowania z naszym gdańskim ‘bursztynkiem”, to porównania nie wypadają dobrze, ale mnie osobiście Stadion Narodowy nie zachwycił.  Dojazd do stadionu fatalny. Wąskie uliczki, zakręty, jeden wielki korek.  Z daleka nic imponującego. Bryła mająca przedstawiać biało czerwone gniazdo,  bardziej przypominał  namiot cyrkowy.  Biel i czerwień też jakaś wyblakła.  Wokół pełno drzew, co samo w sobie nie jest złe, ale wizerunkowo słabe, bo stadion zasłaniają.  Z bliska bez rewelacji. Przestrzeń wokół stadionu zupełnie nie wykorzystana.  Schody na górę bardzo długie i strome.  Jak ktoś jest chory, starszy, albo taki gruby, jak ja,  to może się solidnie zmęczyć, zanim dotrze na górę. W środku  poszukiwałem telebimów.  Te na środku słabo widoczne, a w dodatku przez większość meczu (przynajmniej tę większość, którą widziałem,  nie widzieliśmy  tablicy z wynikiem i czasem gry.  Słabe.  Zamiast tego, niemal na stałe komunikat z poleceniem zaniechania używanie środków pirotechnicznych.  Na pewno  ludzie bardzo się tym przejęli.  Widoczność z trybun  niezła, bałem się, że będzie gorzej.  Murawa  słaba, jak na obiekt, na którym co tydzień raczej meczów się nie rozgrywa.    Ocena ogólna:  nic specjalnego, czym można byłoby się zachwycać.  Normalny, spory, nowocześnie zbudowany stadion.

 

Dla mnie i tak  synonimem Stadionu Narodowego, czymś, co będę pamiętał chyba na zawsze, będzie czerwona tabliczka z napisem:  BRAMA NR 10.

 

 

Pod tę nieszczęsną bramę dotarliśmy przed godziną 14.00. Kolejka ogromna, widać, że ludzie stoją tu już od dawna.   Grzecznie ustawiamy się w kolejce i szybko zdajemy sobie sprawę, że nie będzie łatwo wejść.  Przez kolejną godzinę przesunęliśmy się tylko o parę metrów i to tylko dlatego, że tłum pod bramą po prostu zgęstniał.  Nie wiem, ile tam mogło czekać osób.  Na pewno kilka tysięcy.

Im bliżej godziny rozpoczęcia meczu, tym bardziej nerwowo robi się pod bramą. Na pobliską stację podjeżdżają kolejne pociągi i autokary.  Pod bramą tysiące fanów nie rozumiejących dlaczego nie mogą wejść. Ci z tyłu czując presję czasu napierają  coraz bardziej.  Robi się nerwowo i coraz bardziej niebezpiecznie.  Już wiemy, że na mecz nie zdążymy.  Telefony do znajomych i denerwująca informacja, że ci z sektorów neutralnych siedzą na stadionie.  My tego szczęścia nie mamy. Pod presją tłumu uchylono o parę metrów bramę, ale to niczego nie zmieniło.  Byliśmy mniej więcej w połowie drogi do bramy wejściowej, kiedy sytuacja stała się bardzo niebezpieczna.   Tłum napierał coraz mocniej.  O godzinie 16.00, w łączności z tymi, którzy dostali się na stadion, odśpiewaliśmy hymn Lechii.