Dzisiaj kilka słów, znacznie więcej obrazków i spora dawka melodii, więc niezbędne będą słuchawki, albo głośniki.  Temat nasunął mi się podczas oglądania zeszłotygodniowego meczu  Ligi Mistrzów Roma – Liverpool.   Jako że kibicem The Reds jestem od urodzenia, a sympatię do tego klubu dostałem niemal w genach, poprzez rodzonego brata mojej mamy, całe powojenne życie mieszkającego w mieście Beatlesów. Nie muszę chyba dodawać, że koszulki Liverpoolu i inne gadżety prosto z Liverpoolu, tylko te sympatię wzmacniały.    A że AS Romę  również lubię oglądać,  to  dziś chciałem Wam przedstawić temat związany z tymi klubami.  Temat raczej dla starszych sympatyków futbolu,  tych, którzy w sercu mają romantyczne podejście do piłki nożnej, którzy  cenią wierność i lojalność. 

 

Chciałbym Wam przedstawić do niedawna jeszcze aktywnych graczy  tych klubów:   Francesco Totti i Steven Gerrard.

 

 

Co tych panów łączy? Ano łączy ich to, że będąc graczami światowej klasy, wygrywając mecze i zdobywając tytuły, grając w swoich reprezentacjach i sięgając po największe zaszczyty  całą piłkarską karierę spędzili w swoim klubie.

775 meczów dla Romy,  mistrzostwo świata z Italią, 250 goli  Księcia Rzymu.  710 spotkań Stevena Gerrarda w koszulce Liverpoolu, wygrana Liga Mistrzów, 114 meczów w drużynie Dumy Albionu  oraz 186 bramek, jako pomocnik, dla The Reds.  Te wszystkie magiczne osiągnięcia i magiczne liczby sprawiły, że wokół obu zawodników  przez wiele lat pojawiali się menedżerowie innych wielkich klubów z bajecznymi finansowymi ofertami na grę w ich klubach.  Wszystko na nic,  bo Francesco Totti i Steven Gerrard  na zawsze, aż do końca pozostali wierni barwom klubów, gdzie zostali wychowani, którym kibicowali od dziecka. I to była taka wierność prawdziwa, nie udawana.  Inna od tej,  którą próbują, na ogół z marnym skutkiem, propagować obecni piłkarze, po kilku miesiącach pobytu w klubie całując np. z nieszczerą intencją  klubowe herby na koszulkach, czasem nie zauważając nawet, że to nie herb klubu, tylko logo sponsora odzieży sportowej, bo i takie przypadki się zdarzają.

Tylko pomyślcie:  lata mijają, są okresy lepsze i gorsze, zmieniają się w klubie trenerzy, nawet właściciele, koledzy z boiska,  a Oni ciągle w tych samych barwach.  Niesłychane.

 

Ale w końcu przyszedł czas na ostatni mecz obu zawodników.  Zobaczcie, jak to było.

Robimy sobie kawę, siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy:

 

 

 

Francesco Totti.  Wspaniały zawodnik.  Strzelił mnóstwo pięknych goli.  Były podcinki z rzutów karnych, udane lobowanie bramkarzy z kilkudziesięciu metrów, fantastyczne gole z woleja z powietrza, ale ja nie mogę wyjść z podziwu nad jego podaniami i asystami.  Genialne.  Mógłbym to oglądać w nieskończoność.

 

 

A wszystko dla swoich ukochanych giallorossi.

 

 

 

 

 

Czas pożegnania.  Niezwykłe obrazki.  Dorośli ludzie płaczący na trybunach. Wyrazy szacunku od swoich odwiecznych derbowych rywali z Lazio, czy wreszcie  Danielle De Rossi,  boiskowy twardziel, sportowy zabijaka, który na zielonej murawie pewnie połamał więcej nóg, niż bramek strzelił, a tutaj stoi ze łzami w oczach. Wzruszające.  

 

 

 

 

 

 

 

No i ten drugi.  Ostatnia legenda Liverpoolu.  Równie wierny i lojalny.  Dopiero  po zakończeniu gry w Premier Leaque wyjechał za ocean,  na piłkarską emeryturę, do amerykańskiej ligi MLS.  Wytrzymał raptem pół roku.  Wrócił.  Oczywiście do swojego miasta, na ławkę trenerską The Reds.

 

 Panie i panowie,  Steven Gerrard:

 

 

 

 

Kto dziś ma tak ułożoną stopę, takie uderzenie i taki timing? 

 

O meczu w Stambule pewnie niektórzy z Was  słyszeli?  Ja prawie go przespałem.  W przerwie już położyłem się spać, tylko nie chciało mi się wstawać, żeby TV wyłączyć.  Dacie wiarę?  Przespałbym największy mecz w klubowej piłce nożnej ever, jak to się mówi na świecie:

 

 

 

 

 

 Jako ciekawostkę powiem, że niewiele brakowało, żeby do tego meczu w ogóle nie doszło.  Liverpool kiepsko spisywał się tamtego roku w rozgrywkach grupowych Ligi Mistrzów. Żeby wyjść z grupy, żeby grać dalej, w ostatnim meczu musiał pokonać dwoma golami grecki  Olympiakos Pireus.  Gola na wagę dalszej gry, na wagę finałowej epickiej historii na stadionie im. Kemala Ataturka w Stambule zdobył kilka minut przed końcem oczywiście Steven Gerrard.

 

 

 

 

 

  A wszystko to dla swojego ukochanego Liverpool FC. 

 

 

 

 

W historii każdego klubu są chwile wielkie, pełne zaszczytów, tytułów, wygranych meczów, sensacji, cudownych goli, spełniania marzeń wiernych kibiców.  Ale, niestety,  są też te gorsze chwile.  Liverpool FC to klub wielce utytułowany. Pięć razy był najlepszą drużyną w Europie, sześć razy zdobywał inne tytuły.  W Anglii zdobył 48 trofeów, w tym osiemnaście za tytuł najlepszej drużyny w Anglii.  Ale to wszystko było dawno.  Bardzo dawno.  I kiedy wydawało się, że kilka lat temu nowa, wspaniała ekipa The Reds, z Gerrardem, Luisem Suarezem, Couthinho,  w składzie,  wreszcie osiągnie wymarzony przez rzesze kibiców sukces, kiedy  prowadzili w rozgrywkach ligowych  przez większość sezonu, kiedy mimo potknięć w końcówce,  było już tak blisko, przyszedł ten nieszczęsny mecz z Chelsea Londyn.  Chelsea nie walczącą w tym momencie o nic, która przyjechała na Anfield niemal w rezerwowym składzie.    Czy mogło coś pójść nie tak?

 

 

 

 

 

Steven Gerrard poślizgnął się, stracił piłkę, padł gol, za chwilę Jego klub stracił mistrzostwo Anglii.  Czy może być większy dramat piłkarskiego losu?  Tylu ludzi na boisku.  Młodych, zaczynających karierę, lepszych i   gorszych, tych zza zagranicy, którzy trochę popłaczą, ale zaraz odejdą do Barcelony, ale nie,  taki pech musiał spotkać Stevena Gerrarda.  Klubową legendę,  na zakończenie swojej wiernej i lojalnej kariery.    Niebywałe. 

 

 

 

 

 

 

Dwaj piłkarze.  Dla swoich kibiców żywe, klubowe legendy.  Najprawdziwsze. Najlepsze.  Wiem, po boiskach biegają tacy gracze, jak Ronaldo, czy też  truchtają takie gwiazdy, jak najbardziej genialny w dziejach, piłkarski, boiskowy LEŃ, urodzony w dalekim Rosario w Argentynie. Ale ja zawsze najbardziej ceniłem tych, dla których solą gry była walka, poświęcenie na boisku i sportowe ofiarowanie dla kolegów z drużyny. Za jakiś czas Ronaldo i Messi też zakończą kariery.  Ludzie będą tęsknić do ich genialnych zagrań i goli.  Bedą żałować, że już zeszli z boiska,  ale czy będą po nich płakać?   Nie sądzę.  A po Tottim i po Gerrardzie płakali. 

 

Zresztą, wielu z nas chodzi na mecze Lechii.  Oglądamy, kibicujemy, emocjonujemy się, mamy swoich ulubionych zawodników.  Ale czy potraficie sobie wyobrazić, żebyśmy żegnali jakiego grajka Lechii kończącego karierę  płacząc z żalu na trybunach stadionu?

 

 

 

 

Mam nadzieję, że nie żałujecie tych spędzonych przy monitorze kilkudziesięciu minut.

 

Stanisław Gramann

 

 

 

07 maja 2018

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ

TUŻ PO GWIZDKU...